#muzykapowazna…

#muzykapowazna #muzykaklasyczna #muzyka #gruparatowaniapoziomu #historia #sztuka
[O nad wyraz dużej pozytywce]

Muzyka przez setki lat była zjawiskiem szalenie ulotnym. Skazani byliśmy jedynie na wykonania na żywo. Rzecz mało przystępna do popularyzacji sztuki, nieprawdaż? Wszelkie sztuki wizualne były tutaj z natury w lepszej sytuacji, nie wymagały bowiem stałej obecności wykonawcy, by w ogóle można było zachwycać się ich pięknem. Muzyka zaś skazana była na efemeryczność.

Próbowano z tym zjawiskiem walczyć, i to jeszcze zanim doczekaliśmy się efektywnych metod rejestracji dźwięku. Na pomoc przyszła mechanika. Automatyczne metody wydobywania dźwięku w powszechnym dla Europejczyka — przynajmniej tego z bogatszych miast zachodniej Europy 😉 — obiegu znane były przynajmniej od XIV w. i popularyzacji zegarów mechanicznych wraz z mechanizmem uderzeń w dzwony, dającym pojęcie o aktualnej godzinie także tym, którzy nie potrafili — bądź znajdowali się w pewnej odległości od zegara — odczytywać określoną godzinę.

Dygresja: o ile katolicyzm czy później powstałe wyznania protestanckie ochoczo udzielały wież kościołów do umieszczania takich konstrukcji, prawosławie było w tym względzie szalenie konserwatywne — na cerkwiach zegary zaczęto montować dopiero w XX w. Ależ konsekwencja w, nomen omen, zatrzymywaniu zegara dziejów. Podobną prawosławie wykazuje się w malarstwie sakralnym, gdzie konserwatyzm twórców każe malować przedstawienie dwudziestowiecznego świętego Cerkwi Gabriela Ugerbadze podczas palenia portretu Lenina w sposób, w jaki napisać ikonę mógłby Andriej Rublow.

Inspirowani tym wynalazcy próbowali więc sił z analogicznymi systemami wydobywania dźwięków, które pozwoliłyby oddać brzmienie muzyki. Na pierwszy ogień poszły organy. Instrument wdzięczny do takich eksperymentów, bowiem mechanizm wydobywania z nich dźwięku polega na przepuszczaniu strumienia powietrza przez stroiki, dostępu do których bronią zawory. Gdy organista naciska bądź nadeptuje klawisz manuału, przepustnica otwiera się i voila: strumień powietrza zapewniany przez kalikującego wydobywa dźwięk. Zatem wystarczyło zmechanizować kolejność otwierania przepustnic i organy mogły grać bez organisty. Nic więc dziwnego, iż w XIX stuleciu popularność zdobyły sobie dobrze znane nam katarynki, w jego początkach zaś, bo już w 1815, Jérémie Recordon i Samuel Junod otworzyli pierwszą wytwórnię pozytywek.

Fortepian długo jednak opierał się takim próbom. Tam mechanizm wydobywania dźwięku pozwalał na zachowanie dużo subtelniejszej dynamiki. W organach w dużym uproszczeniu sprawa zamykała się na odpowiedniej liczbie otworzonych przepustnic, i od tego przede wszystkim zależne była siła brzmienia. W fortepianie zaś wszystko zależało od siły uderzenia pianisty, z którą trafiał w klawisz. Od tej siły zależało, jak mocno młotek uderzy w strunę, od tego zaś — głośność dźwięku. I jest to proces daleko trudniejszy do zmechanizowania, trudno bowiem było wypracować metodę, która pozwalałaby na odpowiednie dozowanie siły nacisku klawisza, symulujące zmiany dynamiki w obrębie utworu.

I także tu ostatecznie wykorzystano siłę generowaną przez sprężone powietrze. Zgrano je z wykorzystywaną aż do lat ’90 ubiegłego wieku w informatyce taśmą perforowaną, na którą przy wykonywaniu utworu pianista przy pomocy specjalnego mechanizmu sprzężonego z fortepianem. W ten sposób nanoszono dane na ww. taśmę perforowaną. Strumień powietrza o określonej sile wymuszał na mechanizmie odbiorczym uderzenie młotka z odpowiednią mocą.

Dzięki temu wynalazkowi możemy posłuchać sobie gry Siergieja Rachmaninowa nie tylko ze słabej jakości nagrań, jakie zapewniały nam ówczesne możliwości rejestracji dźwięku, ale we wcale niezłym wykonaniu na żywo przy pomocy pianoli: tak bowiem zwą się owe zmyślne urządzenia: